Novy Jicin i Stramberk – najlepsze kąski

Zupełnie nie wiem, co niedawno kierowało nami, aby wybrać się do Wisły. Smog 5x większy niż w Krakowie, zjeść średnio jest gdzie – oprócz jednej fajnej knajpy „Chata Olimpijczyka” (placki ziemniaczane zapieczone w śmietanie to naprawdę interesujące danie :)). Nie zastanawialiśmy się długo, tylko zawinęliśmy się w kierunku Czech. Najpierw, za namową Makłowicza zwiedziliśmy Novy Jicin. Jest to niewielkie miasto w południowo-zachodniej części kraju morawsko-śląskiego, którego punktem charakterystycznym jest Masarykovo namesti – historyczne centrum. Malutki ryneczek otoczony ślicznymi kamieniczkami z arkadami kryje w sobie wiele ciekawych miejsc.

Np. znane na całym świecie muzeum kapeluszy. Znajdziecie tutaj najbardziej wymyślne nakrycia głów – od delikatnych kobiecych toczków, przez kapelusze kowbojskie po meksykańskie sombrera. Również w jednej z tych pięknych kamienic mieszkał zmarł słynny baron Gideon von Laudon. Jednak ponieważ jest to blog w znakomitej większości związany z jedzeniem, to żywotu Barona Wam oszczędzę.

Skupię się natomiast na obłędnej cukierence o nazwie Sauro. Zapamiętajcie tę nazwę i jeśli tylko z jakiegoś powodu traficie do Novego Jicina, koniecznie ją  musicie odwiedzić. Torty, ciastka z kremami i bitą śmietaną, babeczki, puchary lodowe, rurki z kremem i.. puchary deserowe.

Lokal jak został stworzony w 1991 roku, tak wygląda do dziś. Kiedyś pewnie nowoczesny, dziś serwujący mi podróż do przeszłości. Czymś, co oprócz słodyczy roztopiło moje czarne serduszko składające się ze smalcu i smoły, były cudnej urody mozaikowe stoliki. Pokusiliśmy się na puchar deserowy z czekoladą. I bach! Znów po pierwszej łyżeczce stałam się małą, nieprawdopodobnie łakomą dziewczynką. Pucharek wypełniony był adwokatowym kremem budyniowym polanym sosem czekoladowym i bitą śmietaną. Matko jedyna, jakie to było dobre.

No a jak się zjadło deser, to teraz pasowałoby spożyć obiad 😉 No i tutaj padło na Stramberk. To urokliwe miasteczko miałam okazję odwiedzić dobrych parę lat temu w cudnych okolicznościach wycieczki rowerowej z Cieszyna (po której zresztą o mało nie przeniosłam się za tęczowy most, a życie uratowało mi lokalne piwo). Znanym lokalnym przysmakiem są tzw. Stramberskie uszy, a historia tego korzennego smakołyku jest hmm… dosyć okrutna. A mianowicie  roku 1241 na okolice miasta i góry Kotouč najechali Tatarzy. Wszyscy wiemy, że oni akurat z niewiernymi się absolutnie nie cackali, więc przerażeni mieszkańcy Stramberka ukryli się na wzgórzu.

Na owym wzgórzu znajdował się również zbiornik wody. Sprytni Stramberczanie spuścili ze zbiornika wodę zatapiając obóz wroga (choć jeszcze inna legenda mówi, że to sama przyroda pomogła lokalnym mieszkańcom i Tatarzy zostali zalani przez powódź spowodowaną potężną burzą). W każdym razie sposób na wroga okazał się skuteczny. Gdy mieszkańcy miasteczka zabrali się za przeszukiwanie obozu wroga, znaleźli worek z odciętymi (i zasolonymi) uszami chrześcijan, które miały być przedstawione chanowi na dowód zwycięstwa. No cóż… nie udało się. Powstał za to produkt, który od 1 stycznia 2007 jest czeskim produktem regionalnym, a nazwy –  Uszy sztramberskie- mogą używać jedynie producenci z terenu miasta.

A cóż to takiego jest? Otóż są to ciastka przyrządzane z ciasta piernikowego, które wytwarzane jest na bazie miodu, z mąki, jaj i cukru z dodatkiem przyprawy korzennej. Rzadkie ciasto rozlewane jest na gorącej blasze i formowane na kształt kółek, a następnie umieszczane w specjalnej foremce i dopiekane. Są absolutnie przepyszne, ale niestety tym razem nie udało nam się na nie załapać. Jednak poniedziałek, i w dodatku poza sezonem, ma swoje wady i zalety.

Niewątpliwą zaletą było natomiast to, że było kompletnie pusto, dzięki czemu na stolik w Miejskim Browarze nie musieliśmy czekać. To on czekał na nas. A że po wspomnianym deserze byliśmy głodni jak wściekłe wilki, to raczej nie oszczędzaliśmy brzuszków. Na pół wsunęliśmy zupę czosnkową – najlepszą chyba, jaką jadłam w życiu. Na dobrej jakości czosnku, bez tego charakterystycznego posmaczku chińskiego, z mnóstwem wsadu w postaci mięsa i warzyw. Pycha!

Przy drugim daniu nasze smaki rozjechały się i ja zamówiłam sztramberskie ziemniaki smażone ze słoniną i podane z jajkiem sadzonym i sałatą. Tak, wiem – baaardzo zdrowo, ale słowo daję, nie mogłam się oprzeć. Świeża słoninka, świeży boczek i jedne z najlepszych w Europie ziemniaków naprawdę nie muszą do mnie czule przemawiać, żeby ich kosztować.

Do tego zamówiłam sobie zestaw 4 piw – specjalności browaru. Spokojnie, to były tylko szklaneczki po 100 ml – nie wyżłopałam aż 4 pełnowymiarowych browców, szczególnie tamtejszych, bo po takiej dawce trzeba by mnie było spod stołu zbierać.

M poszedł w stronę klasyki i zjadł coś w stylu gulaszu z boczku (boczek pieczony w sosie) z knedlikiem i kiszoną kapustą na ciepło. Mięso rozpływało się w ustach, a domowy knedlik naprawdę jest zupełnie inny, niż kupny. Do tego idealna kapusta. Nie za kwaśna, nie za słodka, dobrze doprawiona.

Do tego uraczył się wynalazkiem zwanym Kofola. Jest to bezalkoholowy napój gazowany wymyślony w Czechosłowacji w 1960. Miała to być taka lokalna coca-cola, jednak mnie ten smak kojarzy się raczej z colą pomieszaną z łagodnym porterem i kwasem chlebowym. Ciekawe, ale litrami bym tego nie piła. Na pewno warto spróbować.

Bardzo ciekawym punktem menu jest tzw. utopenec (dosł. topielec). Jest to bardzo popularna w Czechach przekąska, a mianowicie marynowana kiełbasa špekáčky.Składa się ona z wołowiny, wieprzowiny oraz kawałków słoniny. Taką kiełbaskę przekrawa się wzdłuż i zalewa przestudzoną marynatą, w skład której wchodzą same klasyki oda, ocet, sól, cukier, pieprz w ziarnach, liść laurowy, ziele angielskie ewentualnie też gałka muszkatołowa, papryka, odrobina chili. Do tego dodaje się też pokrojoną w piórka cebulę, czy też kawałki papryki. Cudo to gotowe jest po odstaniu co najmniej tygodnia w niezbyt chłodnym miejscu. Serwowane na zimno z chlebem. Cóż. Osobiście nie lubię, ale znam takich, którzy utopencami mogliby żyć. Niemniej jednak jest to lokalny przysmak, którego na pewno warto spróbować.

Jednak Miejski Browar to nie tylko pyszne jedzenie i znakomite piwo. To także piwne SPA, z którego walorów w pełni korzystaliśmy po wspomnianej wyżej rowerowej „przejażdżce”. Mianowicie, w piwnicach browaru można korzystać z piwnych kąpieli. W pomieszczeniach tych panuje również wyjątkowy mikroklimat prozdrowotny. Muszę przyznać, że zanurzenie się w drewnianej balii pełnej „piwa do kąpieli” wzbogaconego różnymi kąpielowymi mieszankami ziołowymi, to wyjątkowe doznanie. Interesującym faktem jest to, że każda balia wyposażona jest w dwa kraniki. Z dolnego kranika leje się piwo kąpielowe, a z górnego… warzone na miejscu wyśmieje piwo Trubacz. Hedonizm w najczystszej postaci. Leżeć w piwie i pić piwo… Osmozo działaj! Po 40 minutowych kąpielach można odpocząć w „pokoju relaksu” z pięknym widokiem na okolicę, a że pakiet obejmuje kolejne porcje piwa przynoszone przez uroczą panią, to wiecie – no takie rozluźnienie prawie na 100%.

fot: http://www.relaxvpodhuri.cz/cs/galerie/detaily?ref=ve3&venue_id=21fot.

Tutaj znajdziecie informacje o pakietach i cenach tych przyjemności: http://relaxvpodhuri.cz/pl/

Kto wie, do zobaczenia może kiedyś w sąsiadującej balii?

fot: http://www.relaxvpodhuri.cz/cs/galerie/detaily?ref=ve3&venue_id=21

Wisła : Stramberk = 0 – 1

2 komentarze

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *